Warszawskie targowiska

Miasto Stołeczne Warszawa

Historia bazarów

opublikowany: środa, 30 września 2010 - 13:37, Contributor with no Name

Bazar Banacha - nowoczesność czy tradycja?

Bazar Banacha ma swoją długą tradycję w ulokowanym niegdyś na miejscu jednej z hal targowisku zwanym "Zieleniakiem". Jego historia sięga roku 1917. To właśnie na rogu ulic Grójeckiej i Banacha usytuowany został nowoczesny - jak na drugą dekadę dwudziestego wieku - bazar warszawski. Teren targowiska posiadał utwardzoną nawierzchnię, doprowadzono nawet kanalizację. W Polsce międzywojennej mieszkańcy Ochoty zaopatrywali się na "Zieleniaku", co może podpowiadać szczególnie nazwa, głównie w warzywa i owoce, choć dostępne były w sprzedaży także mięso, drób i nabiał. Żywność dostarczali mieszkańcy, sąsiadujących z Warszawą od południa i zachodu podstołecznych wsi i miasteczek (Raszyn, Grodzisk, Błonie).

Smutną kartę w pamięci warszawiaków, a zwłaszcza mieszkańców Ochoty, zapisały wydarzenia, które miały tragiczny przebieg na ternie targowiska podczas okupacji hitlerowskiej i powstania warszawskiego. Od początku sierpniowego zrywu na obszarze dzielnicy Ochota działała rosyjsko-ukraińska brygada SS RONA dowodzona przez sowieckiego renegata Kaminskiego. Już wtedy Niemcy spędzali ludność cywilną do obozu przejściowego utworzonego na terenie, gdzie jeszcze niedawno funkcjonowało targowisko "Zieleniak". Początkowo zgromadzono tam kilkanaście tysięcy osób. Z obozu przejściowego przy Grójeckiej 95 transporty ludzi skierowywano następnie do Pruszkowa. W ciągu pierwszych dni powstania przez ogrodzony plac na Ochocie przewinęło się około 60 tysięcy osób. W zorganizowanym naprędce dla warszawiaków obozie istniejące budynki zaadoptowano na wartownię, w której rezydowali Niemcy i sowieccy renegaci z RONA. Na terenie zamkniętego murem obozu panowały ciężkie warunki sanitarne. Nie było wody, nie mówiąc już o kanalizacji, co w sierpniowe upały 1944 r. dawało się odczuć w sposób szczególnie przykry. Pilnujący Polaków żołnierze nie dostarczali ludności spędzonej na placu żadnej żywności. Grozy i okrucieństwa dopełniały gwałty dokonywane na kobietach przez strażników i zarządców obozu. Dokonano licznych mordów, a pod murem przedwojennego targowiska spalono zwłoki kilkudziesięciu polskich ofiar. W dwa tygodnie po wybuchu powstania niemal całą ludność z "Zieleniaka" deportowano do Pruszkowa, a 19 sierpnia ostatecznie obóz zlikwidowano.

Obecnie targowisko przy ul. Banacha daje pracę około 700 kupcom (blisko 300 stanowisk). Mimo wielu utrudnień dla prowadzenia handlu (nie posiada oświetlenia, brak ochrony przed warunkami atmosferycznymi, przez co często robi się błoto, a sprzedający wykładają swoje towary wprost na ziemi), to korzysta z niego chętnie bardzo wielu mieszkańców Ochoty. Po wojnie na bazarze dominował asortyment warzywno-owocowy, jednak z biegiem czasu znacznie się on poszerzył - od żywności, poprzez tekstylia, drobne urządzenia elektroniczne i mechaniczne, po książki z "drugiego obiegu" i starzyznę.

Na przełomie lat 50. i 60. ta część Ochoty znana była warszawiakom również z jedynego w stolicy, czynnego całą noc, baru. Co ciekawe, jego stali bywalcy, tzn. wszyscy, którzy chcieli przedłużyć czas nocnej zabawy, ale także rolnicy i ogrodnicy wystawiający swoje płody, oprócz zjedzenia smacznego posiłku, wypicia mocnego trunku, mogli czasami wysłuchać repertuaru cygańskich kapel. A mieszkający w pobliżu warszawiacy, co noc słuchali stukotu ciągniętych przez konie wozów, które zajeżdżały dużo wcześniej tak, aby kupcy mogli już o świcie rozłożyć i zaoferować najświeższy towar na bazarze.

Od lat osiemdziesiątych (1982 r.), obok targowiska "pod chmurką", znajdują się dwie wielkie hale targowe. Przez mieszkańców Warszawy nazywane są często blaszakami. Można zrobić tam zarówno zakupy spożywcze (hala zachodnia - samoobsługowe supermarkety i mniejsze stoiska handlowe i usługowe) oraz dostępny jest również bogaty asortyment produktów tekstylno-przemysłowych (hala wschodnia). Od niedawna (2003 r.) obiekty, jako jedyna hala targowa w Polsce, mogą poszczycić się certyfikatem Systemu Zarządzania Jakością ISO.

Obecne władze miasta podjęły działania, dzięki którym bazar zostanie gruntownie zmodernizowany. Już niedługo u zbiegu ulic Grójeckiej i Banacha powstanie kolejna przyjazna kupcom i ich klientom przestrzeń do handlu spożywczego w Warszawie.


Bazar na Kole - miejsce dla miłośników staroci

W miejscu gdzie jeszcze dwieście pięćdziesiąt lat temu szlachta polska zjeżdżała się na wybór nowego króla, obozując czasami kilka tygodni na błoniach wolskich, w chwili obecnej całkiem dobrze prosperuje bazar na Kole. Oficjalny adres to Obozowa 99, ale usytuowany jest na powierzchni, którą ogranicza murowane i częściowo druciane ogrodzenie wzdłuż ulic: Obozowej, Ciołka, Newelskiej i ks. Janusza. Podobnie jak bazar na Wolumenie targowisko nie ma jednorodnego charakteru i oferuje bardzo szeroki asortyment produktów. W dni powszednie dominują produkty spożywcze - warzywa, owoce, nabiał, wędliny i mięso, choć można zaopatrzyć się również w obuwie, garderobę i galanterię. Dwa razy w tygodniu (wtorki, piątki) od samego rana do wczesnych godzin popołudniowych na bazar zjeżdżają mieszkańcy podwarszawskich wsi i miasteczek, oferując świeże warzywa i owoce. Klienci i stali bywalcy bardzo chwalą jakość ("bo dobre na przetwory") i smak wystawianych warzyw ("bez porównania z tymi z supermarketu"). Podobno najtaniej zakupy można zrobić w piątki w południe, kiedy to handlujący nie chcąc zabierać z powrotem niesprzedanych płodów rolnych, chętniej przystają na niższą cenę. Zmęczony oglądaniem i handlem klienci mogą posilić się na niewielkich stoiskach garmażeryjnych lub wzmocnić, wychylając coś mocniejszego?

W sobotę po południu, kiedy znikają stanowiska rolno-spożywcze, plac handlowy przy Obozowej zmienia się nie do poznania, wkracza tam zupełnie inny świat. Wówczas gromadzą się osoby oferujące dosłownie wszystko, co można spieniężyć. Przybywają tu już w piątek wieczorem, tak aby zająć jak najkorzystniejsze miejsce na dzień następny. Warunek jest jeden - przedmioty powinny być "ugryzione zębem czasu". Ludzie wybierający się na sobotnio-niedzielne "łowy" to już zupełnie inne osobowości niż klienci dnia powszedniego. Starają się znaleźć w starych przedmiotach wystawionych na targowisku duszę? Przechodząc przez stragany ze "starociami" poczujemy jakbyśmy spacerowali po zapomnianym strychu pałacu arystokraty (w ofercie stylowe, nie zawsze kompletne meble, lustra oprawione w przepiękne ramy, czasami całe wyposażenia starych mieszkań), innym razem odniesiemy wrażenie, że przechadzamy się po złomowisku z dziwnymi przedmiotami (stara, rzadko już spotykana rama od roweru, pordzewiały pistolet, mosiężne bądź srebrne świeczniki, czy nawet przedwojenne akcesoria kuchenne leżące z dziesiątkami innych drobiazgów). Sprzedawcy oferują sporo starej ceramiki i przedmiotów z brązu. Zobaczymy wszystkie rodzaje starych lamp: popularne naftowe, rzadziej spotykane karbidowe, dorożkarskie, kolejarskie i rowerowe, aż po bardziej współczesne elektryczne. W "dziale oświetleniowym" targowiska można nabyć stare kryształowe żyrandole, kinkiety i lampy ogrodowe. Niektóre wymagają "przerobienia" na elektryczne. Nie odstrasza to kupujących. Na innych stoiskach zaopatrzyć się można w zegary i zegarki, młynki do kawy, samowary, maszyny do szycia - przedmioty niejednokrotnie pamiętające jeszcze zabory.

Osoby odwiedzający bazar na Kole to bardzo różnorodne środowisko. Pojawiają się właściciele galerii, którzy czasami potrzebują konkretnego przedmiotu. Często jednak przychodzą pooglądać, zapytać o cenę. Czasami sami wystawiają swoje antyki na bazarze, zamykając na niedzielę swoje galerie. Rano natomiast, przychodzą ludzie dobrze zazwyczaj znani handlarzom, bo pojawiają się już od kilku lat. Są to kolekcjonerzy, którzy poszukują unikatowych przedmiotów i okazji. Tych klientów traktuje się w sposób szczególny - z większym szacunkiem i poważaniem. Towar dla nich jest wyszukiwany i polecany. Przed południem lub już po obiedzie spotkać można przypadkowych klientów i spacerowiczów. Jedni przychodzą dla relaksu, drudzy szukają uroczych drobiazgów i sprzętów do mieszkania. Wiele osób, które ciągle trzyma w mieszkaniu mocno zużyte i niemodne już dawno meble z czasów PRLu, jak też kupione ostatnio surowe i proste półko-regały z IKEI, zapragnie cieszyć oczy jakąś choćby drobną perełką - stylowym fotelem, platerowym świecznikiem, czy upatrzonym drobiazgiem. Wtedy udają się zazwyczaj na wolskie Koło. I na tego typu klientach najłatwiej o zarobek. Niejednokrotnie, sprzedający widząc, że klient nie zna się na rzeczy lub dostrzegając, że to osoba zamożna, podaje cenę nawet kilkakrotnie przewyższającą rzeczywistą wartość. Urzeczony pięknem lub też przekonany o unikatowości nadarzającej się okazji, klient czasami ulegnie sprzedającemu, bądź zapomni o dobrym zwyczaju targowania się, a nieprzemyślana, podjęta pod wpływem emocji decyzja potrafi znacząco odchudzić jego portfel. Dlatego decydując o zakupach staroci na warszawskim Kole warto wcześniej zapoznać się z szacunkowymi cenami interesujących nas przedmiotów lub poprosić o pomoc kogoś doświadczonego. Jeszcze inną kategorią osób, która ostatnio zaczęła pojawiać się na wolskim targowisku staroci to osoby znane z telewizji: aktorzy, osoby publiczne, żony wysokich urzędników państwowych. Dodatkowa zachęta, aby niedzielnym popołudniem odwiedzić klimatyczne targowisko i spotkać kogoś znanego podczas zakupu starego żyrandola?

Targowisko na placu Mirowskim, czyli Hale Mirowskie - tradycja i nowoczesność

Targowisko powstało w 1883 r. na placu zakupionym przez władze miasta od pobliskiego garnizonu wojskowego, obok dawnych koszar Gwardii Konnej Koronnej. Plac Mirowski wraz sąsiednim nieco starszym Placem za Żelazną Bramą utworzył największe wówczas targowisko Warszawy, mieszcząc setki straganów i koszy. Głównymi produktami handlu były: artykuły spożywcze, ryby i kwiaty a także obuwie i galanteria.

Na przełomie wieków tuż obok dotychczasowego placu handlowego wzniesiono zabudowania dwóch bliźniaczych hal targowych wg projektu architektów B. Miłkowskiego, N. Kozłowskiego i A. Nieniewskiego.

Należy podkreślić, że nowe inwestycje miejskie, usytuowane między ulicami Rynkową i Solną, były konsekwencją dążeń władz Warszawy do uporządkowania i "ucywilizowania" miejskich targowisk. Miało temu służyć wyposażenie miejsc handlowych w wodociągi, kanalizację, jak też chłodnie do składowania szybko psujących się towarów. Wewnątrz Hal Mirowskich znajdowały się baseny wodne dla ryb, zaplecza i magazyny, a stanowiska jatek mięsnych wyłożono glazurą. Widok ponad pięciuset stoisk i straganów pod wspólnym dachem hali z pewnością robił duże wrażenie. Konstrukcja jak i wnętrze budynku wykonane zostało z materiałów prostych i trwałych, co powodowało, że nawet w upalne dni lata sprzedaż i zakupy nie były uciążliwe. Nowatorstwo, duża funkcjonalność, wygoda i znaczne udogodnienia dla sprzedających i kupujących sprawiły, że Hale Mirowskie stały się wzorem dla pobudowanych później innych warszawskich obiektów handlowych - hali na Koszykach, placu Witkowskiego, Marymoncie i Ochocie.

W latach 30. XX w. zmieniono wewnętrzne rozplanowanie handlu wewnątrz hali. Stoiska i kioski prywatnych kupców ustawiono rzędami, które tworzyły podłużne i poprzeczne pasaże i przejścia. Po zachodniej stronie placu Mirowskiego pozostawiono stragany z warzywami i owocami. Naprzeciwko, na wschodniej połaci oraz w sąsiadujących podwórzach, dostać można było głównie drób. Kupcy z północnej strony targowiska oferowali w ilościach hurtowych, jak i detalicznych produkty z wikliny, słomy i rafii, jak również przeróżne wyroby ze szkła. Swoje stoisko w zachodniej części hali miała także znana warszawska firma ogrodnicza "Urlich".

W czasie okupacji hitlerowskiej pomimo zakazu handlu, licznych ograniczeń, represji i rekwizycji kupcy nie zaprzestali zupełnie swojej działalności handlowej. Zdarzenie z 1942 r. utrwalone w relacji naocznego świadka Władysława Szpilmana potwierdza to dobitnie - przed zamkniętą Halą Mirowską przerobioną przez Niemców na magazyny, stali drobni handlarze z koszami pełnymi towaru. Ostre światło słoneczne ożywiało kolory owoców i warzyw, połyskiwało w łuskach wyłożonych ryb i błyszczało na lśniących wieczkach puszek z konserwami. Wokół handlarzy kręciły się kobiety, targowały, chodziły od kosza do kosza. Po jakimś czasie w jednej z przecznic zatrąbił samochód i w polu widzenia pojawiła się szarozielona sylwetka ciężarówki policyjnej. Handlarze wpadli w panikę, spakowali pospiesznie swój towar i rzucili się do ucieczki. Ciężarówka minęła plac i zniknęła, handlarze powrócili na swoje stare miejsca, a plac wyglądał, jak gdyby nic się nie zdarzyło". Hale targowe na placu Mirowskim były także niemymi świadkami tragicznych wydarzeń podczas Powstania Warszawskiego w 1944 r. W najbliższym sąsiedztwie dokonano masowych egzekucji ludności.

Po wojnie z budynków hal pozostały jedynie wypalone mury, postanowiono jednak je odbudować, uwspółcześniając ich funkcjonowanie bądź nadając nowe funkcje. Wnętrze hali wschodniej zostało przystosowane do potrzeby Warszawskiego Klubu Sportowego "Gwardia". Ciekawostką jest, że w 1953 r. odbyły się tu mistrzostwa świata w boksie. Hala zachodnia, odbudowana w latach sześćdziesiątych, zachowała swój charakter handlowy. Nowy projekt funkcjonalny wnętrza hali przewidywał nowe punkty usługowe na antresoli(stoiska odzieżowe i tekstylne), jak również drobne bary szybkiej obsługi na parterze od strony zachodniej budynku. Z odbudową zachodniej hali wiązała się zmiana jej fasady poprzez dodanie szklanej galerii, co znacznie zmieniło charakter dziewiętnastowiecznej koncepcji architektów.

W 1986 r. hale uznano za zabytek i tym samym trafiły one pod opiekę konserwatora. Przeprowadzono remont wnętrza, po raz kolejny zmieniając dotychczasowy układ stoisk. Wschodnia hala KS "Gwardii" w latach 90. została przywrócona do pierwotnych funkcji handlowych, a między dwoma budynkami pojawiły się nowe stoiska. Obecnie kupcy swoje towary wystawiają od strony południowej. Przed halą, pod biało-zielonymi namiotami w korzystnej cenie możemy zaopatrzyć się najróżniejsze kwiaty cięte.

Ostatni remont przyniósł nowe odkrycie - spod warstwy zanieczyszczeń fasady wyłonił się jeden z detali zdobniczych hali - warszawska Syrenka z nurtu wczesnej secesji. Rzeźba oraz detale wokół niej były wykonane przez znanego architekta przedwojennego Ludwika Panczakiewicza w latach 1899-1901.

Bazar Różyckiego - targowisko z tradycjami i folklorem

Początki bazaru sięgają lat 70. XIX wieku, kiedy to Gotlieb Langner i Wincenty Wodzyński, właściciele posesji przy Targowej 54, założyli niewielkie targowisko. Jednak już w końcu roku 1874 sprzedali swoją nieruchomość Julianowi Różyckiemu, warszawskiemu potentatowi, z którego nazwiskiem jest od tej pory ściśle powiązane. Nowy właściciel, człowiek znany z wielu inicjatyw finansowych, postanowił zainwestować, powiększając znacznie w latach 80. XIX wieku obszar pierwotnego placu poprzez wykup działek od strony ul. Ząbkowskiej i Brzeskiej. Główne wejście na bazar od stronu ulicy Targowej oznaczone zostało charakterystycznym kioskiem w kształcie ogromnego syfonu pomalowanego na niebiesko i zwieńczonego srebrzystym czubem. Teren targowiska oddzielony był od Targowej ozdobnym ogrodzeniem z dekoracyjną bramą. Początki uregulowanego handlu to zaledwie siedem dużych, drewnianych i zadaszonych kramów, które mieściły po kilka stoisk. Jednak już po roku 1910 bazar obrósł mniejszymi kramami w formie budek. W tym okresie także wejście od strony Ząbkowskiej zyskało ozdobną bramę z wrotami z kutego żelaza. Istotną zasadą na bazarze Różyckiego było odpowiednie rozlokowanie kramów i stoisk dla różnych produktów. Fakt ten potwierdza się w wypowiedziach wielu mieszkańców Pragi - w kierunku wylotu do ulicy Brzeskiej królował dział okazji i tandety, obok drób, gołębie, króliki i inne żywe stworzenia. A tuż za nimi resort gastronomiczny. Stragany z flakami i podrobami, podgrzewanymi na miejscu. Przy straganie z rybami nie było już tłoku, tzw. drobnicę przez cały dzień dostarczali z pobliskiej łachy wiślanej wędkarze. Po nocnym połowie można było często dostać dobrego sandacza, węgorza czy suma.

W ten sposób bazar przy Targowej 54 na wiele lat stał się głównym ośrodkiem handlowym dla prawobrzeżnej Warszawy. W trudnym okresie okupacji niemieckiej można było zaopatrzyć się tu w produkty reglamentowane, pochodzące ze szmuglu lub nielegalnych dostaw, gdzie indziej niedostępne, a także takie, za sprzedaż, których groziła kara śmierci. Po ciężkim okresie okupacji nastąpiło gwałtowne ożywienie handlu. Podczas gdy w spalonej Warszawie brakowało niemal wszystkiego, na bazarze praskim można było zaopatrzyć się w wiele niezbędnych rzeczy.

Choć dobrze prosperujące targowisko, gdzie rozwijał się prywatny handel, było solą w oku ówczesnych władz i pomimo upaństwowienia bazaru w latach 50. działalność na bazarze kwitła. Dekadę później po bazarze przechadzały się z entuzjazmem i błyskiem w oku panie i panowie poszukujący najmodniejszych ubrań i zaopatrujący się w "zagraniczne" swetry, futra, suknie ślubne, złoto, a także bardzo trudno dostępne torciki wedlowskie?. W dobrym tonie było ustalanie zadowalającej obie strony ceny, często znacznie odbiegającej od pierwotnie zaproponowanej przez sprzedającego. Paradoksalnie, na świetnie prosperującą ostoję wolnego rynku i przedsiębiorczości, kres przyszedł dopiero po czasie transformacji ustrojowej 1989 r. Wtedy to pojawiły się duże targowiska na Stadionie Dziesięciolecia, a później liczne mniejsze i większe supermarkety. Bazar stracił na znaczeniu handlowym i zaczął chylić się ku upadkowi. Na chwilę nawet istnienie targowiska w centrum Starej Pragi stanęło pod znakiem zapytania, gdy zwrotu działki domagał się potomek dawnych właścicieli. Ostatnio jednak w wyniku likwidacji dużego targowiska "Jarmark Europa" niewielka część handlarzy przeniosła się na Bazar Różyckiego, powstało również kilka nowych kramów, a ruch wokół bram wejściowych znowu ożywił się... Nie tylko powstającemu obok Muzeum Warszawskiej Pragi, które cieszy się z tak znakomitego sąsiedztwa, ale wielu osobom bardzo zależy, żeby bazar z wielkimi tradycjami odżył na nowo i nie pozostał tylko upiornym skansenem praskiego folkloru, zapamiętanym jedynie w opowieściach starszych mieszkańców Pragi. Miejmy nadzieję, że hossa bazaru powróci w myśl swojej starej dewizy "Bazar był, jest i będzie!" a wkrótce znowu będziemy mogli usłyszeć - pyzy, gorące pyzy?

"Wolumen" - bazar na rozdrożu

Określenie bielańskiego bazaru pochodzi od nazwy ulicy Wolumen, dość starego traktu, który wytyczono i uregulowano już w 1885 r. Jednak początków targowiska możemy doszukiwać się dopiero w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Wtedy zaczęło funkcjonować na tym terenie niewielkie targowisko staroci i wielu mieszkańców Warszawy, jak i osoby z poza stolicy, właśnie z tym placem handlowym kojarzyło północną dzielnicę Warszawy. Bardzo szeroki asortyment ściągał wszelkiego typu amatorów starych przedmiotów z "duszą". Stan wystawianego towaru był bardzo różny - od rzeczy w bardzo dobrym stanie aż po "antyki", które swoje uwielbienie i piękno estetów miały już dawno za sobą. Dla kupujących nie mniejsze znaczenie od dojrzenia i docenienia piękna wyłowionego wzrokiem "skarbu" miała odpowiednia strategia handlowa i umiejętność zachowania zimnej krwi podczas transakcji - szybkie decyzje, pochopne pytania często decydowały o ostatecznej cenie interesującego przedmiotu. Bowiem nieuważny i nieobeznany w cenach amator starych przedmiotów mógł słono przepłacić.

W archiwalnym numerze "Stolicy" z lat siedemdziesiątych otrzymujemy bezcenne rady odnośnie przyjęcia odpowiedniej taktyki kupowania - najpierw należy przejść się od straganu do straganu, porównawczo ocenić asortyment towarów, wymienić uwagi z przygodnymi towarzyszami i dopiero wtedy dokładnie przyjrzeć się wybranym przedmiotom. W żadnym wypadku nie okazywać zainteresowania! Lepiej odejść i po pewnym czasie wrócić pytając od niechcenia o cenę niż pozwolić sobie na szczery zachwyt, bo wymieniona kwota natychmiast przeskoczy. Zachwycać się możemy przedmiotami, których absolutnie nie mamy zamiaru kupować? Jednocześnie Wolumen był tym typem targowiska, na którym przed dokonaniem transakcji przedmioty można było brać do ręki bez jakichkolwiek zobowiązań i narażania się na niepotrzebne komentarze. Czytając charakterystykę targowiska i kupujących na Wolumenie na łamach archiwalnego numeru "Stolicy" wiele osób z rozrzewnieniem przypomni sobie nie tak dawne jeszcze czasy bielańskiego bazaru - świat na Wolumenie był i jest pełen niespodzianek, bo nie wiadomo do czego kupujący zapłonęli miłością: czy do szabli, niemieckiego hełmu, stołka, zegarka szafy, obrazu czy może pustych puszek po piwie, a może do starych znoszonych butów albo do śpiących w pudełku piesków. Tam, gdzie było najciaśniej sprzedawano pyzy, a w innym miejscu bigos na jednorazowych talerzach z niemytym widelcem i pajdą chleba. Przy głównym wejściu był taki ścisk i napór do wewnątrz, że często ruch niemal zamierał. Natomiast przy innych wejściach było pusto i nudno. Samochody na parkingu miały rejestracje z całej Polski. Po południu sprzedający byli już znużeni, ceny miały tendencje spadkowe i transakcji dobijano szybciej ("Stolica" 1980 r.).

Od tego czasu na bielańskim Wolumenie dużo się zmieniło. Dziś wychodząc po schodach z nowej i czystej stacji metra Wawrzyszew, nie idąc daleko trafiamy na inne już targowisko. Bazar przestał specjalizować się w sprzedaży antyków i staroci, przestawiając swój profil na weekendowy handel elektroniką oraz codzienną giełdę owocowo-warzywną. Na sobotnio-niedzielnej giełdzie elektronicznej dostać można niemal wszystko - od telefonów komórkowych i telewizorów począwszy, na częściach elektronicznych skończywszy. Przynajmniej dwa razy w tygodniu (wtorki i piątki) można zaopatrzyć się tam w świeże warzywa i owoce pochodzące z podwarszawskich ogrodów i sadów. Charakterystyczny widok samochodów półciężarowych przykrytych plandeką, z których bezpośrednio odbywał się handel jest wciąż obecny. Według oficjalnych danych administratora bazaru obecnie funkcjonuje ponad 120 stałych pawilonów i stoisk.